Dysleksja… jak wpływa na nasze życie…

dziecko/dysleksja

Dysleksja… jak wpływa na nasze życie… z tym problemem żyję od zawsze. Więc jako praktyk z 50 letnim stażem..:), mogę kilka słów napisać, jak na mnie wpłynął i wpływa problem dysleksji.

Ale najpierw wypada napisać, co to takiego jest ta dysleksja, tym bardziej, że lata temu nikt nie badał tego problemu pod kontem medycznym. A osoby borykające się z nim były postrzegane jako niedouczone. Najbardziej odczuwały takie niesprawiedliwe podejście dzieci, które dopiero rozpoczynały swoją edukację szkolną.

Dysleksja… co to takiego…

Najnowsza definicja dysleksji została ogłoszona w 1994 roku przez Towarzystwo Dysleksji im. Ortona (USA). Brzmi ona następująco:

Dysleksja jest jednym z wielu różnych rodzajów trudności w uczeniu się. Jest specyficznym zaburzeniem o podłożu językowym. Charakteryzuje się trudnościami w dekodowaniu pojedynczych słów, co najczęściej odzwierciedla niewystarczające zdolności przetwarzania fonologicznego. Trudności w dekodowaniu pojedynczych słów są zazwyczaj niewspółmierne do wieku życia oraz innych zdolności poznawczych i umiejętności szkolnych; trudności te nie są czynnikiem ogólnego zaburzenia rozwoju ani zaburzeń sensorycznych. Dysleksja manifestuje się różnorodnymi trudnościami w odniesieniu do różnych form komunikacji językowych, często oprócz trudności w opanowaniu sprawności w zakresie opanowania czynności pisania i poprawnej pisowni,  przenosi się na obszar dotyczący opanowania czynności związanej z czytaniem”. 

W praktyce wyróżnia się najczęściej trzy typy dysleksji, przyjmując za kryterium podziału dominujące zaburzenie, które decyduje o jej obrazie klinicznym.

  • dysleksja typu wzrokowego – gdzie występują przede wszystkim zaburzenia percepcji wzrokowej i pamięci wzrokowej;
  • dysleksja typu słuchowego – u podłoża której leżą zaburzenia percepcji słuchowej i pamięci słuchowej powiązane często z zaburzeniami językowymi;
  • dysleksja integracyjna – rozpoznawana jest wówczas, gdy rozwój funkcji percepcyjnych badanych w izolacji jest zgodny z wiekiem, zaburzany jest natomiast proces integrowania bodźców napływających do różnych zmysłów.

Często do terminu „dysleksja” dodaje się określenie „rozwojowa”, oznacza ono, iż opisywane trudności występują od początku nauki szkolnej, w odróżnieniu od dysleksji nabytej, tj. utraty już opanowanej umiejętności czytania i pisania zwykle przez osoby dorosłe po przebytym uszkodzeniu mózgu.

Zdarzają się też informacje, gdzie pod pojęciem dysleksja kryje się  jedynie problem związany z czytaniem, natomiast dochodzą dodatkowo dwa terminy, które charakteryzują pozostałe problemu i jest to:

  • dysgrafia   – trudności w opanowaniu kaligrafii, niski poziom graficzny pisma,
  • dysortografia – trudności w opanowaniu poprawnej pisowni, w tym popełnianie błędów ortograficznych.

W niniejszym artykule będę posługiwała się pojęciem dysleksja, jako pojęciem szerokim, obejmującym  wszystkie trudności z jakimi boryka się osoba dotknięta dysleksją, dysgrafią i dysortografią… jednym słowem dyslektyk.

Dysleksja  – objawy

Przy obecnej wiedzy, obserwując dziecko możemy już we wczesnym jego okresie życia wyłapać objawy dysleksji. A gdy nas coś zaniepokoi, to udać się do poradni psychologicznej gdzie zostanie udzielona nam fachowa pomoc jak nasze dziecko uchronić przed bardziej impasywnym rozwojem choroby.

Dlatego przyglądajmy się naszym dzieci i wnukom, gdyż w różnym wieku pojawiają się lub nasilają nieco inne objawy zaburzeń, które mogą świadczyć, że nasze dziecko jest dyslektykiem. Niech włączy nam się czerwone światełko, gdy u naszego malucha zauważymy poniższe symptomy, które wraz z jego dorastaniem nie ustępują, a wręcz się nasilają:

 Okres nim dziecko pójdzie do szkoły oraz wczesnoszkolnym…

  • trudności w zapinaniu ubrania, sznurowaniu butów itp.;
  • trudności ze stosowaniem zaimków „w środku – na zewnątrz”, „przed”, „za”;
  • trudności z zapamiętywaniem i wykonywaniem więcej niż jednego polecenia w tym samym czasie;
  • opóźnienie rozwoju mowy, trudności z wypowiadaniem się, wadliwa wymowa, częste przestawianie głosek i sylab;
  • trudności z przypominaniem sobie nazw przedmiotów;
  • mylenie nazw kierunków: „prawa – lewa”;
  • oburęczność;
  • trudności w nauce pisania: zwierciadlane odwracanie liter, deformowanie kształtu liter;
  • trudności z zapamiętywaniem materiału występującego w formie serii, sekwencji np. dni, tygodnia, nazwy miesięcy, litery alfabetu;
  • trudności w pamiętaniu aktualnej daty (jaki jest dzień), daty swoich urodzin, imienin i określenia czasu;
  • słabe postępy w uczeniu się czytania zarówno metodą fonetyczną jak i globalną;
  • szybka męczliwość uwarunkowana koniecznością włożenia większego wysiłku w zadania typu szkolnego i koncentracji uwagi.

Szkolny okres dziecka…

Specyficzne trudności w czytaniu:

  • czytanie „niepewne”, „wymęczone”, szczególnie gdy dziecko czyta głośno;
  • częste błędy w czytaniu, pomijanie wyrazów lub ich dodawanie, zniekształcanie wyrazów i odczytanie innych, podobnych wyrazów;
  • pomijanie linii lub odczytywanie jej ponownie;
  • częste gubienie miejsca, w którym dziecko czyta;
  • niepewność w czytaniu, szczególnie krótkich wyrazów wyglądających podobnie, np. „on-ono”, „od-do”;
  • trudności w dzieleniu dłuższych wyrazów na sylaby i syntetyzowaniu sylab w wyrazy w niewłaściwym porządku (sylaby często są gubione), pomijanie interpunkcji;
  • przestawianie liter w wyrazie, co zmienia jego sens (tworzenie anagramów);
  • trudności w wyszukiwaniu najistotniejszej myśli w danym fragmencie tekstu;
  • niewłaściwe łączenie liter;
  • trudności w przyswojeniu tabliczki mnożenia.

Specyficzne błędy w pisaniu:

  • słaby poziom pracy pisemnej w porównaniu z odpowiedziami ustnymi;
  • prace pisemne na niskim poziomie graficznym i estetycznym, liczne przekreślenia, kilkakrotne próby zapisania wyrazu, prace bałaganiarskie;
  • utrzymywanie się trudności z rozróżnianiem liter: b-p, p-g, n-u, m-w;
  • niewłaściwy dobór liter do głosek podobnych fonetycznie, w wyniku ich niewłaściwego rozróżniania np. spółgłosek t-d, b-p, m-n;
  • mylenie nazwy litery i głoski (np. l-el), m-em, k-ka);
  • niewłaściwe stosowanie małych i dużych liter; dziecko częściej używa dużych i małych liter, ponieważ czuje się pewniejsze w ich różnicowaniu (np. leKKo);
  • trudności w różnicowaniu wyrazów podobnie brzmiących (np. bułka-półka);
  • dodawanie, pomijanie lub niewłaściwe umiejscowienie liter lub wyrazów;
  • zapisywanie wyrazu na różne sposoby np. „szyja”, „szja”, „szyia”;
  • mylenie liter l-t podczas czytania i pisania;
  • złe rozmieszczenie pracy pisemnej w przestrzeni, niemożność zachowania marginesu;
  • tracenie wątku podczas zapisywania opowiadania;
  • brak, lub niewłaściwe stosowanie interpunkcji.

Powyższe trudności, we wczesnym okresie szkolnym, występują prawie u każdego dziecka. Jednak jak nie ustępują one po trzecim roku nauki szkolnej trzeba dziecku pomóc. A jak to zrobić, to odsyłam do bardzo fajnego i obszernego artykuł, na stronie Instytutu Psychologi Zdrowia – Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, w oparciu o który przygotowałam powyższe objawy – TUTAJ.

Moje życie z dysleksją…

Kurcze, jak czytam te objawy, które wypisałam powyżej, to jestem książkowym dyslektykiem!!!  A, że za moich czasów szkolnych, nikt tych objawów nie brał za chorobę, to przechodziłam różne upokorzenia szkolne, w postaci komentarzy:

… taka zdolna i pisać nie potrafi…!!!,  albo – czytaj poprawnie…!!!, bądź – w Twoim wieku, to już powinno się płynnie czytać…!!!

Efekty… pisałam coraz gorzej, bo każde dyktando było dla mnie okropnym stresem. Była kiedyś, bezsensowna metoda, że trzeba było w specjalnym zeszycie dany wyraz, który napisało się źle, napisać poprawnie 100 razy!!!. Ja mogłabym pisać i 1000 razy!!!! a za 1001 i tak napiszę go źle…:))))

Nie znosiłam też czytać na głos, bo zawsze przekręciłam wyrazy, a stres powodował, że jeszcze bardziej robiłam błędy. Do tej pory nie przepadam za czytaniem na głos. Z racji swoich różnych zawodów, często występowałam publicznie i zawsze mówiłam z głowy… a czytania tekstu na głos, unikałam jak ognia.

Mądra i głupia nauczycielka…

Na pewnym etapie mojej nauki, była to chyba siódma klasa szkoły podstawowej, trafiłam na mądrą wychowawczynię, która była też naszą, jak to się kiedyś mówiło, panią z polskiego…:) Spotykam ją czasami na ulicy i ucinamy sobie pogawędkę..:) Ale wracając do tematu to, pani Teresa (bo tak ma na imię) zauważyła, że moje problemy nie wywodzą się z lenistwa czy niedouczenia, lecz jest to coś więcej… zaczęła dawać mi rożne wskazówki, które według niej miały mi pomóc… ale niestety pomogło to na tyle, że moi rówieśnicy już nie drwili ze mnie, tylko przyjęli do wiadomości, że tak mam i nie da się już nic z tym zrobić.

Do tego stopnia byli wszyscy pomocni, że na maturze gdy błędnym wzrokiem, szukałam pomocy „jak się to pisze ???”, moje koleżanki i koledzy na migi rozwiązywali moje wątpliwości…:) Ich pomoc była nieoceniona, gdyż w liceum u naszej polonistki, mój problem nie zyskał zrozumienia. Jedynie dawał jej satysfakcje, utwierdzając ją, że jej podejście do mnie (wręcz opierające się na mobbingu), według jej mniemania, jest jak najbardziej słuszne… ale była to specyficzna osoba, która miała swoje fanaberie… dlatego w mojej klasyfikacji pada słowo głupia.

W swoim życiu otrzymywałam rożne dobre rady, typu czytaj więcej to zapamiętasz… ale niestety,  nie pomagało. Lubię czytać i czytam dużo, a nawet bardzo dużo. Podejrzewam, że do chwili obecnej  w swoim życiu przeczytałam kilka tysięcy książek, a problem i tak pozostał…

Okres studiów i pierwsza praca…

Ten okres przebrnęłam spokojnie, nie było dyktand ani czytania na głos, więc sobie odetchnęłam. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że wybrałam kierunek nauczycielski – nauczanie początkowe. A tak szczerze, to nie ja go wybrałam, tylko wybrano za mnie… ale o tym napisze osobny wpis, gdyż jest to historia, która pokazuje jak życie układa Twoje ścieżki…

Gdy rozpoczęłam swoją pierwszą pracę, jako nauczyciel nauczania początkowego, problem ponownie zaczął mi doskwierać. Bo jak tu uczyć dzieci poprawnej pisowni jak sama się z nią borykam. Tym bardziej, że każde dziecko miało swój obraz pisowni danego wyrazu, a mój wewnętrzny dyslektyk dostawał oczopląsu i nie wiedział, kto tu ma racje…:)))

Więc postawiłam sprawę jasno, uzmysłowiłam dzieciom, że pani, tak jak i oni, nie zawsze zna wszystkie odpowiedzi i trzeba sobie wtedy pomagać wiedzą zawartą w książkach, encyklopediach czy też słownikach. W połowie pierwszej klasy wprowadziłam słownik ortograficzny dla dzieci. Od samego początku, uczyłam je rozwiązywania swoich problemów przez poszukiwanie odpowiedzi w różnych źródłach, a nie pozwalałam ograniczać się i bazować tylko na tym, co im pani powie.

W szkole pracowałam trzy lata, po urodzeniu syna już nie wróciłam do zawodu. Przyczyną mojej decyzji nie była praca z dziećmi, lecz bardzo ciężka atmosfera w samej szkole… ale o tym może kiedy indziej..

Dalsza praca…

Po zakończeniu pracy nauczyciela dalej pracowałam z dziećmi i młodzieżą, najpierw w bibliotece, potem w szeroko rozumianej kulturze. Natomiast ostatnie 17 lat przepracowałam jako urzędnik w samorządzie, ale z racji swojej funkcji, bardzo często uczestniczyłam w życiu szkolnym dzieci i młodzieży.

Na przełomie swojego życia zawodowego, wbrew mojej dysleksji, ciągnęło mnie do pisania. Byłam twórcą dwóch lokalnych gazetek. Pierwszą stworzyłam w gminie Krzyżanowice prawie 25 lat temu, pod nazwą  „Gminne Wieści” i funkcjonuje ona do dzisiaj, co bardzo cieszy. Druga powstała, jak rozpoczęłam pracę w samorządzie i nosi nazwę „Krzanowice i okolice”, również  jest wydawana do dnia dzisiejszego.

Z czasem mój „dyslektyk” zaczął sobie coraz lepiej radzić. Na pewno w jakiś sposób pomaga czytanie czy też tworzenie tekstów. Ale największą pomoc zyskałam, gdy nastała era komputerów i programów typu „Word” oraz innych, który jest bezwzględny i za każdym razem, wykrzyczy Ci na czerwono  co za głupoty piszesz….:) Chociaż i „Word” też ma czasem problemy…:), bo nie zawsze wie, czy coś piszemy razem, czy osobno…:)

Dlatego pisząc obecnie mojego bloga, zwracam się do eksperta lepszego niż „Word”, który czyta wszystko co napiszę, a jak wyłapie błędy, to zaraz mi dzwoni, że muszę dokonać poprawki… tym ekspertem jest moja Mama, która moje problemy zna od kołyski…:) W tym miejscu ślicznie Ci dziękuję za Twój udział w tworzeniu bloga i nie tylko za to…:)

Dyslektyk, a języki obce…

Po latach spędzonych z moją dysleksją muszę stwierdzić, że miała i nadal ma ogromny wpływ na naukę języków obcych. W moim wypadku, wręcz uniemożliwia mi pogłębienie tej wiedzy. Mój pierwszy język, którego uczę się od kiedy pamiętam, to jest angielski. Do tej pory mówię „kali jeść, kali pić”. Może, gdybym przebywała wśród osób angielsko-języcznych, byłoby łatwiej.

W przypadku nauki angielskiego, mam trudności z właściwym zapamiętaniem wyrazów. Bo jak już opanuję znaczenie wyrazu, to mam problem jak go napisać lub jak go właściwie wypowiedzieć. Każdy zresztą wie, że angielski ma to do siebie, że inaczej się pisze a jeszcze inaczej czyta… a dla dyslektyka, taka kombinacja, to już prawdziwy koszmar…

Ostatecznie, gdy jest potrzeba mówienia w tym języku, to gdy w pobliżu mam osobę, która zna język, to całkowicie oddaję jej głos. Gorzej, gdy jestem zmuszona sama się odezwać, to przełamuję się gdy już naprawdę nie mam wyjścia i pomagam sobie jak mogę, nawet nadmiernie gestykulując, żywiąc nadzieję, że rozmówca mnie zrozumie i w duchu nie śmieje się z moich umiejętności…:)

Podobnie miałam z językiem niemieckim. Bardzo szybko odpuściłam sobie jego naukę wiedząc, że będzie to zmarnowany czas i lepiej ten czas poświecić na kulejący angielki, niż  męczyć się z opanowaniem dwóch języków, których i tak nie opanuję na tyle, aby nie wstydzić się nimi swobodnie posługiwać.

Podsumowując…

Zastanawiam się, czy w obecnych czasach, gdy dysleksja jest zdiagnozowana jako choroba, wystawianie „zaświadczenia” dzieciom do szkoły jest dobrym podejściem…?

Myślę, że nie do końca. Chociaż w czasach szkolnych z takiej „karteczki” bardzo bym się ucieszyła…:) Ale patrząc racjonalnie, to takie „zaświadczenie” sprawia, że osoba dotknięta problemem nie robi kompletnie nic w tym kierunku aby choć trochę nad nim panować, bo całkowicie wyeliminować, według mnie się nie da…  chyba, że obecnie są już takie możliwości, o których nie wiem.

W swoim przypadku nie będę już niczego zmieniała, bo zaakceptowałam życie z moim wewnętrznym dyslektykiem, nie ukrywam go przed światem i każdy wie, że taka jestem i już…:))

Lecz jeśli widzimy problem u naszych pociech, to nie „załatwiajmy” im zaświadczenia, tylko pokażmy z czym się on wiąże i nauczmy ich nad nim pracować, aby ograniczyć go do minimum.

 

 

 

6 Comments

  1. sonia napisał(a):

    bardzo pouczający artykuł, dzięki 🙂 jednak mam wrażenie, że wielu rodziców nadużywa pojęcia i załatwia dzieciom „papierek” żeby się nauczyciele odczepili…dzieciaki mało czytają, a kiedy potem mają problemy z ortografią, to się je wsadza do szufladki-dysleksja i spokój..

    1. Viola napisał(a):

      Dziękuję…:) A co do „papierka”, to chodząc do szkoły, dałabym się dla niego pokroić…:))) ale teraz jestem starsza i mądrzejsza…powiedzmy..:P, to już wiem, że przy niewłaściwym podejściu do posiadanego „papierka” można dziecku dużą krzywdę zrobić…

  2. Jerzy Wilman napisał(a):

    Hej – jakoś nie widać u Cibie dysleksji 🙂 Piszesz co najmniej świetnie. Zetknąłem się z tą przypadłością u córy mojej żony. Ciężko jest jej napisać poprawny tekst. Ale za to w rozmowie jest nie do wyłączenia. Nie da się jej przegadać. Aż szkoda, że nie istnieje pilot do gaduł, lub na przykład dysgadulstwo 🙂

    1. Viola napisał(a):

      Skoro w rozmowie jest nie do wyłączenia, to z czasem jak się przełamie i z pisaniem będzie Ok. Nabranie wiary, że mogę przemawiać publicznie, bo od tego zaczęłam (swego czasu, na szczeblu lokalnym, organizowałam różne imprezy kulturalne), a potem, że mogę pisać, zabrało mi sporo czasu, gdyż od podstawówki powtarzano mi w kółko, że pisarz ze mnie żaden…:)))) A co do gadulstwa, bardzo lubię gaduły… moje dzieciaki jak się nakręcą, to nieraz żałuję, że nie ma takiego pilota, co by ich trochę przystopował…:))

  3. Jerzy Wilman napisał(a):

    No ona jest już dojrzałą 28-latką. Pracuje na uczelni, wykłada studentom i ni cholery. Jak napisze maila, to wszystko na czerwono. Ale to artystyczna dusza, więc olewa totalnie jakieś papierowe faux-pas, czy jak to się pisze 🙂 Gaduł raczej nie lubię, bo mi nie dają nic powiedzieć. Taki folklor 🙂 Pozdrawiam Jerzy zaJerzysty, hahaha!

    1. Viola napisał(a):

      Czyli dysleksja w karierze jej nie przeszkadza…to tym bardziej jest OK..:)) A, że Jerzy ZaJerzysty..:)) nie przepada za gadułami, to akurat potrafię zrozumieć…:) Miłego dnia gaduło…:)))

Zapraszam do podzielenia się komentarzem ...:))

%d bloggers like this: