Jak to jest z tą pasją…??

…nieraz  zastanawiałam się, jak to jest z tą pasją? Jakie ja sama mam hobby lub pasje… i chyba nie mam nic konkretnego. Są rzeczy, które mnie interesują ale czy można nazwać je pasją? Możliwe, że duża większość osób kiedyś się na tym zastanawiała.
Chodzi mi o to coś, że gdy się tym zajmujesz, to zapominasz o istnieniu czasu i potrafisz całkowicie się w tym zatracić… Gdy tak zrobię krok wstecz w swoje wspomnienia, to zdaje mi się, że chyba miałam takie małe zaczątki pasji…

Dzieciństwo…

Mając może ze 13 lat, to sporo czasu spędzałam w sklepie z tekstyliami, w którym pracowała moja babcia. Zawsze w każde wakacje letnie i zimowe jeździliśmy z bratem do dziadków. A że się nudziłam, to chodziłam babci pomagać do sklepu. Z czasem znałam wszystkie gatunki materiałów. Potrafiłam rozróżnić po kolorach linii na obrębie kuponu z jakich składników dana tkanina jest zrobiona. Za namową babci, z resztek materiałów, które zalegały i były przeznaczone do kasacji, zaczęłam szyć ubrania. Im więcej nabierałam wprawy z tym większym zaangażowaniem poświęcałam temu czas. Jak większość dorastających dziewcząt chciałam ładnie i z pomysłem się ubierać.

W tamtych czasach na jakikolwiek wybór i atrakcyjność ubrań w sklepach nie można było liczyć. Dlatego też, mając dostęp do dobrych gatunkowo materiałów wzięłam się za projektowanie i szycie. U babci były dwie maszyny do szycia. Stara „Singer” na której robiłam pierwsze kroki  i elektryczna… do której babcia  mnie dopuściła, jak stwierdziła, że coś już potrafię i sobie palca nie przyszyję… :). Moje próby po jakimś czasie zaczęłam zaliczać do udanych, gdyż nie bałam się nosić tego co uszyłam. Znajomi efekty moich starań chwalili i określali, że chodzę ubrana „po swojemu”.  Podobał im się mój styl, co sprawiało mi  dużą satysfakcję. Mój styl ubierania sprawił, że po ubiorze, potrafili rozpoznać mnie w tłumie nie widząc mojej twarzy… 🙂

Młodość…

Gdyby wtedy można było kształcić się w tym kierunku, to nie miałabym problemu z wyborem szkoły średniej i studiów. Rodzice postawili na nasze wykształcenie, więc zawodówka odpadała, a tylko tam można było uczyć się szycia…
Z biegiem lat mój zmysł  projektowania nabrał nieco innego wymiaru i zauważyłam, że poza ubraniami, uwielbiam projektować wnętrza. Lecz zajmowałam się tym tylko dla własnych celów. Znajomi dość szybko uchwycili moje zainteresowania i często prosili mnie abym im coś doradziła lub pomogła w urządzaniu ich pokoju czy też mieszkania…
Bardzo chciałam iść na studia w tym kierunku, ale wtedy była tylko architektura w szerokim tego słowa znaczeniu i stawiano bardzo wysokie wymogi na egzaminach wstępnych. Pierwszym i najważniejszym kryterium było portfolio, w którym należało wykazać się ponadprzeciętnymi umiejętnościami malowania i rysowania, co najmniej jak na Akademię Sztuk Pięknych. Ostatecznie  nie złożyłam dokumentów bo wiedziałam, że nie mam szans na przyjęcie. Nie wiedziałam co mam z sobą począć i za namową rodziców złożyłam dokumenty do szkoły pedagogicznej, w efekcie czego, w wyuczonym zawodzie wytrzymałam tylko 3 lata…
Do tej pory lubię projektować wnętrza, lecz robię to na własny użytek. Mąż ma podobne wizje i się razem uzupełniamy, m.in. zaprojektowaliśmy wnętrza naszego domu oraz ogród, który ciągle się zmienia…:). A gdy wcześniej byliśmy na etapie projektu domu, to cały czas „asystowałam” przy naszym architekcie. Aby zrobił wszystko tak, jak my to widzimy, a widzieliśmy ciekawy bungalow. Z tego powodu, nieraz dochodziło między nami a architektem do spięć, że to  nie jest zgodne z obowiązującą  „sztuką projektowania”. Ostatecznie wyszło po naszemu… 🙂
A jeśli chodzi o szycie, to teraz robię tylko małe przeróbki i poprawki, bo wybór w sklepach jest przeogromny i zawsze coś tam pod siebie znajdę.

Dlaczego to wszystko piszę…

bo uważam, że my jako rodzice powinniśmy obserwować pasje naszych dzieci. Dać im możliwość ich rozwijania, a nie traktować tego co ich pasjonuje jako chwilową zachciankę. Mimo, że sama wiedząc, jak to jest, popełniłam błędy w stosunku do swoich dzieci. Nie uchwyciłam tego, co jest dla nich pasją… nie żebym nie chciała. Ciągła gonitwa… praca dom, praca dom… robiła to, że nieraz trzeba było robić dziesięć rzeczy naraz. Potem nie zawsze miało się siły aby wsłuchać się w to, co mówią nasze dzieci…
Potem jak trochę przyhamujemy i odwrócimy się wstecz, to nawet nie wiemy, w którym momencie mogliśmy wyciągnąć rękę. Powiedzieć idź swoją drogą a ja zawsze będę obok i będę Cię wspierał/a….robimy ten sam błąd co nasi rodzice, dziadkowie i pradziadkowie. Chcemy dla dzieci jak najlepiej, próbujemy wytyczyć im drogę, sprawić aby była równa i prosta. Ale nie tędy droga, to co wydaje się najlepsze z naszego punktu widzenia, niekoniecznie odpowiada naszym dzieciom. Potem dziwimy się, że po tych super prostych i pięknych drogach, które dla nich budujemy nie chcą chodzić… wolą własne bezdroża z kłującymi krzakami…
Ps.
Kilka dni po przygotowaniu powyższego wpisu, obejrzałam na YT filmik Beaty Pawlikowskiej pt „ Pasja w życiu”, podpisuję się pod nim obiema rękami i zachęcam do obejrzenia…

 

Leave a Reply