Pora się pakować….

12 dni przed wyjazdem…

Wyjazd zbliża się wielkimi krokami…  od dłuższego czasu buszując po sklepach kupuję rożne drobiazgi, które według mnie mogły by się córze przydać..:). Albo jej się spodobają, albo mnie z tym wszystkim wyrzuci…:). Znając siebie, to bym tego wszystkiego dużo więcej nakupowała, tyle że lecę klasą ekonomiczną. Z tym wiąże się dużo bardziej ograniczony bagaż, rejsowy max 23 kg plus podręczny max 10 kg. Jak dla mnie trochę mało tych kilogramów…:). Dobrze, że jest lato więc ubrań nie trzeba aż tyle, a ponadto są one dużo lżejsze..:)
Ostatnio obojętnie w jakim bym sklepie nie była, to zaraz kombinuję… a nuż Jej się to przyda… :). Zachowuję się jakbym co najmniej na bezludną wyspę leciała… a tak szczerze, to tam na pewno jest wszystko a nawet więcej… ale ja, jak większość mam, często lubię przedobrzyć…:)). Ponadto muszę zostawić jeszcze rezerwę w bagażu, bo znajoma chce też kilka drobiazgów przekazać dla swojej córki, z którą na pewno się zobaczę jak już będę na miejscu.
Jak ja dam radę się spakować nie mam pojęcia… ale nie pozostanie mi nic innego aby skrupulatnie wszystko ważyć i dokonywać selekcji, co zabrać, a co zostawić..:)).

9 dni przed wyjazdem…

 Wczoraj byłam załatwić sobie ubezpieczenie na czas wyjazdu i pierwsze moje kroki skierowałam do swojego agenta ubezpieczeniowego. Robię  u niego ubezpieczenia domu oraz inne i poprosiłam aby zrobił mi kalkulację najlepszego cenowo ubezpieczenia. Okazało się, że najlepszą ofertę miał  Allianz, bo za 30 dni wychodziło łącznie 320 złoty, które  obejmowało: koszty leczenia na kwotę 200 tys. zł,  NW 10 tys. zł i OC na 100tys. zł i nic ponadto.
Ale coś mnie pokusiło, żeby jeszcze decyzji nie podejmować. Przeszłam się do biura podroży, w którym rok wcześniej wykupiłam ubezpieczenia dla córki  firmowane pod nazwą „Karta Planeta Młodych”. Obejmowało ono cały rok, miało wiele wariantów i kosztowało wtedy jakieś 260 zł tyle, że były te ubezpieczenia skierowane do osób , które nie ukończyły 30 roku życia. Gdy byłam już w biurze, to ku mojej wielkie radości, okazało się, że Planeta Młodych zmieniła firmę ubezpieczeniową na „Gothaer”. Ta natomiast rozszerzyła swoją ofertę o nową grupę wiekową do 59 roku życia, czyli tzw. pięćdziesiąt plus. Jest to chyba jedna z nielicznych firm, która zalicza moją grupę wiekową do młodych..:).
Nowy program ubezpieczeniowy nazywa się „Planeta Młodych Plus” . Ubezpieczenie jest na cały rok i obejmuje cały świat w tym USA i Kanadę  i kosztuje 290 zł . Zawiera wiele wariantów w tym te podstawowe to: koszy leczenia  na kwotę 60 tys.  Euro, NW – 20 tys. zł oracz OC – 50 tys. Euro. Dokupiłam sobie jeszcze za 7 złoty ubezpieczenie bagażu i dodatkowe OC na Polskie, tak że całkowity roczny koszt ubezpieczenia wynosił mnie 309 zł. Dla zainteresowanych link gdzie można przeczytać o wszystkich  ich ofertach www.planetamlodych.com.pl
   Jeśli ktoś z Was planuje, w najbliższym czasie, jakiś wyjazd  dłuższy lub kilka krótszych, to bardzo polecam tą formę ubezpieczenia. Ubezpieczenie jest, jak za ta cenę, bardzo rozbudowane i przede wszystkim obejmuje cały rok. Możemy spokojnie sobie jeździć nie martwiąc się aby ubezpieczać nasze kolejne wyjazdy w danym roku.

7 dni przed wyjazdem…

Dzisiaj byłam wreszcie zakupić sobie walutę… wydawało by się, że kantory powinny mieć  spore zapasy rożnych walut. Niestety tak nie jest… trzeba z wyprzedzeniem zamawiać walutę, która jest mało popularna… ale najważniejsze, że już środki na wyjazd mam..:). Oczywiście nie obyło się też, bez drobnych zakupów w stylu… „a nuż Jej się to przyda”…:). Czarno widzę te moje pakowanie…:)

2 dni przed wyjazdem…

Mam już wszystko pozałatwiane, wymiana waluty, ubezpieczenia, zakupy różnych drobiazgów dla córy i wiele innych rzeczy… W domu i w ogrodzie porządki zrobione na wyrost, aby po miesiącu nieobecności nie była mi potrzebna maczeta, żeby przebić się przez gąszcz chwastów do drzwi wejściowych naszego domu…:))
Dziś już tylko pozostało ważenie i pakowanie… muszę zmieścić się w tych nieszczęsnych  23 kilogramach, nie wiem jak to zrobię ale nie mam wyjścia…
Jutro wcześnie rano wyjeżdżam z synem do Warszawy, bo stamtąd mam lot. Dobrze, że będzie ze mną, gdyż ma dar do uspakajania takich panikarzy jak ja…:). Planujemy wyjechać wczesnie i zrobić szybkie zwiedzanie… potem przespać noc w hotelu, a w środę skoro świt udać się na lotnisko, gdyż muszę ponoć być tam na cztery godziny przed wylotem. Mój lot mam o 10.00… a potem jakoś przetrwać prawie te dziesięć godzin i wreszcie uściskać córkę, której nie widziałam przeszło rok…

1 dzień do wylotu…

Wczoraj pakowałam się… masakra… nawet nie zdawałam sobie sprawy jak wielkie znaczenie w takim wypadku ma waga poszczególnych rzeczy. Miałam na podłodze rozstawione dwie wagi, jedną kuchenną i jedną łazienkową… a teraz posiadam dodatkową wiedzę, ile ważą moje ubrania czy też buty..:)
Pierwszy raz w życiu zaczęłam pakowanie na długo przed wyjazdem. Zawsze zajmowało mi to kilkanaście minut i robiłam w tym samym dniu co wyjeżdżałam… a teraz lepiej nie mówić… ale tak to jest, jak się chce zabrać więcej niż można..:)
Teraz mam już to prawie za sobą, siedzę przy kawie i piszę. Nie umiem spać, obudziłam się już po czwartej rano i w mojej głowie tysiące myśli. Typu czy wszystko mam… jaki będzie ten lot… jak sobie poradzę z moim kiepskim angielskim. Gdy będę musiała przed funkcjonariuszami emigracyjnymi tłumaczyć się w jakim celu do nich zawitałam…
Ale już nic nie zmienię, koło już ruszyło…  za kilka godzin ruszamy do Warszawy. Potem już tylko dalej… zobaczyć i wyściskać kochane dziecko oraz poznać nowy ciekawy świat…:)).

Zostaw odpowiedź

%d bloggers like this: