Studia, studia… i po studiach…

Studia, studia… i po studiach… przeszło rok temu dopiero je rozpoczynałam, a w piątek 21 kwietnia definitywnie je ukończyłam, przystępując do obrony.

Mówią, że nie wypada się chwalić ale ja się pochwalę… a co mi tam..:))

Studia podyplomowe, na jakie się zapisałam, rozpoczęło przeszło 30 osób, po drugim semestrze została nas niecała dwudziestka. Do pisania pracy przystąpiło 17 osób, a na sama obronę, włącznie ze mną, przyszło tylko 5 osób (same dziewczyny).

Żadna z nas, jak również opiekun grupy, nie mogliśmy dociec dlaczego pozostała dwunastka się nie stawiła. Oczywiście, że jest możliwość obrony w innym terminie, ale jest on już płatny i trzeba wygospodarować na ten cel nie tak mało, bo aż 500 zł.

Jestem zadowolona…

Dlatego też jestem podwójnie zadowolona, że udało mi się uporać z pracą w pierwszym terminie i co najważniejsze, obronić ją na ocenę bardzo dobry..:) Z naszej piątki, która się broniła tylko dwie osoby z pracy miały 5!!! Dlatego bardzo się cieszę, że jestem jedną z tej dwójki..:)) To, że mi tak dobrze poszło, zawdzięczam mojej pani promotor, która dodawała mi wiary w siebie i w swoje możliwości. Bo nie ukrywam, nim wzięłam się za pisanie, byłam sceptycznie nastawiona i obawiałam się, że nie dam rady, gdyż poprzeczka była postawiona dość wysoko.

Jak już się obroniłam, to niezwłocznie poinformowałam o tym fakcie wszystkich moich bliskich..:)) Oczywiście wszyscy wysyłali mi gratulacje, ale najbardziej zaskoczył mnie mój małżonek. Do tej chwili miałam wrażenie, że uważa, iż wymyśliłam sobie kolejne studia, bo mam taką zachciankę, ale swoją wiadomością dodał mi skrzydeł..:))

Obrona z przygodami…

Już z samego rana, wszystko wskazywało, że tak łatwo może nie być…  Mieszkam kawałek drogi od dworca, więc potrzebuję dodatkowego czasu aby tam dojechać i jak zwykle przyjechałam prawie na ostatnią chwilę. Spiesząc się na dworzec, nawet nie popatrzyłam na bilet, tylko od razu popędziłam do wagonu nr 10, bo zawsze taki miałam. Dopiero jak wyciągnęłam bilet żeby sprawdzić, które mam miejsce okazało się, że tym razem mam przydzielony wagom nr 14. Nie chciałam szarpać się z bagażem przez kilka wagonów i zdecydowałam, że peronem będzie szybciej… i to był mój błąd…

Dworzec od czasu powodzi w 1997 roku, nie był remontowany i perony przypominają wypłukany asfalt na wiejskiej drodze. Nie wiem jak to się stało, ale gdy doszłam do tego nieszczęsnego 14 wagonu, straciłam naraz równowagę i wyłożyłam się jak długa. Wszystko z torebki oraz reklamówki, w której miałam  jedzenie na drogę, rozsypało się po peronie, a moje ręce i kolana były pozdzierane do krwi.

upadek ręka

upadek

Życzliwość obcych ludzi…

Nawet nie wiem kiedy, podbiegła do mnie młoda dziewczyna, której w tym miejscu jeszcze raz bardzo dziękuję i pomogła mi się pozbierać z tego peronu. Za chwilę z pomocą dołączyli konduktorzy, którzy chcieli wzywać karetkę… Ale stwierdziłam, że nic mi nie jest, bo tak, czy siak i tak muszę być w tej Warszawie… przecież obrona mnie czeka!!

Jak już byłam w swoim przedziale, to cały czas był przy mnie konduktor. Zadbał o mój bagaż oraz dał mi środki opatrunkowe… plastry, bo tylko takie miał. Potem co pół godziny przychodził pytać czy wszystko ok. I też w tym miejscu składam mu gorące podziękowania..:))

I tak z przygodami dotarłam do miejsca przeznaczenia, a potem poobijana i oklejona plastrami jak małe dziecko, poszłam się bronić…:))

upadek - ręka

upadek - ręka

 

 

 

 

 

 

Spotkanie w Warszawie…

W związku z tym, że pozmieniano rozkłady jazdy pociągów i mój pociąg powrotny przesunięto z godziny 18.50 na 14.50 musiałam zostać w Warszawie. Już tradycyjnie zamówiłam nocleg w hotelu „Karat”, gdzie traktują już mnie jak stałego klienta i otrzymuję zawsze atrakcyjne zniżki. Przedłużenie pobytu było mi nawet na rękę, gdyż miałam okazję spotkać się z Elą i poznać ją osobiście. Do tej pory to tylko mailowałyśmy między sobą, a poznałyśmy się dzięki naszym blogom..:) Ela prowadzi  bardzo fajnego bloga, do którego bardzo zachęcam – Fajna Baba nie rdzewieje .

Umówiłyśmy się na kawę w kawiarni – Green Caffe Nero… no i oczywiście przez moje niedopatrzenie, każda z nas była w innym lokalu. Jest to sieć kawiarni i akurat na tej ulicy znajdowały się w niedalekiej odległości od siebie dwa lokale.  A ja byłam święcie przekonana, że czekam w tym właściwym..:))

Green Caffe Nero                                                 Green Caffe Nero – bardzo klimatyczna sieć kawiarni.

W ostateczności udało nam się spotkać i spędziłam przeszło dwie godziny z bratnią duszą, osobą wyjątkowo ciepłą i pogodną, z której emanowała dobroć i sama pozytywna energia. Mam nadzieję, że mimo odległości jaka nas dzieli, ta znajomość przetrwa.

Powrót do domu…

O 14.50 miałam pociąg  i po 6 godzinach, już bez większych niespodzianek dotarłam do domu. I jak to mówią… wszędzie dobrze ale w domu najlepiej…:))

Teraz zostało jeszcze odczekać cztery tygodnie i wybrać się ponownie do Warszawy po odbiór dyplomu. Niestety nie wysyłają pocztą, gdyż jest to druk ścisłego zarachowania i trzeba odebrać go osobiście.

Ale najważniejsze, że mam już spokojniej i mogę myśleć co dalej… a w mglistej oddali, to chyba swoją firmę widzę… ale o tym kiedy indziej..:))

Ps.

Dlaczego o tym piszę… a dlatego, że chcę pokazać, iż bez względu na wiek i niesprzyjające okoliczności, jak się człowiek uprze, to jest w stanie wiele rzeczy zrealizować… A te moje upadki, to wręcz takie przesłanie jak życie potrafi podciąć nam nogi… ale trzeba się podnieść, otrzepać i dalej iść do przodu…:))

 

 

9 Comments

  1. Grazyna napisał(a):

    To juz ktory z kolei? Gratuluje sukcesu i tej piąteczki
    W Twojej byłej pracy to niektorym gały wychodzą z zazdrości
    Niech wiedzą jaką osobe stracili

    1. Viola napisał(a):

      Dzięki Grażynko…a studia podyplomowe to już trzecie…:)) i chyba już ostatnie..:))

  2. Ewa napisał(a):

    Violu, serdecznie gratuluję!! Czy już odebrałaś dyplom? Bo ja też chcę się spotkać w Green Cafe Nero 🙂 Z Wami obiema najchętniej.
    Moja praca złożona, zaakceptowana. Obronę mam 10 czerwca.
    Powodzenia w realizacji planów biznesowych!

    1. Viola napisał(a):

      Witaj Ewo, dziękuję za gratulacje..:) Pomysł ze spotkaniem bardzo fajny, ale niestety nie wiem kiedy będę w Warszawie. Tak, czy inaczej, muszę się tam zjawić aby odebrać dyplom, więc dam znać i bardzo chętnie się z Tobą i z Elą spotkam…:) A 10 czerwca będę trzymała kciuki…:)Pozdrawiam serdecznie…:))

    2. Viola napisał(a):

      Witaj Ewo, do godziny zero zostało raptem 2 dni… tego dnia, będę mocno za Ciebie trzymała kciuki, a pisze dziś, bo ostatnio trochę smykam się po sąsiednich krajach i nie zawsze mam dostęp do internetu… Powodzenia…:)

  3. patjola napisał(a):

    Znowu miałam problem ze znalezieniem gdzie się pisze komentarze..poproś brata by Ci to zmienił:):):) Na naukę nigdy nie jest za późno..ja zaczynam wkrótce kurs angielskiego:):)
    Pozdrawiam
    Nainen czyli Patjola

    1. Viola napisał(a):

      Niestety nie da rady przenieść tych komentarzy…wykupiłam taki szablon na WordPress i nie ma zmiłuj się… próbował brat coś z tym zrobić, ale niestety…:(

  4. Małgosia K. napisał(a):

    Czytając nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać :). Jak widać – co nas nie zabije to nas wzmocni, a obok tych tragicznych wydarzeń było tyle miłych sytuacji – to bardzo budujące!

    1. Viola napisał(a):

      Ja nieraz też się zastanawiam czy mam się śmiać, czy płakać nad sobą…:) Mój małżonek mówi, że tylko ja jestem taka zdolna, aby przyciągać rożne dziwne zdarzenia..:) Ale najważniejsze, że prawie zawsze wszystko dobrze się kończy…:)

Leave a Reply