To latanie nie było takie straszne….: )

W górze….

Jestem w powietrzu, nawet nie wiem ile kilometrów nad ziemią, ponoć ok. dziesięciu. Bardzo się bałam tego lotu ale nie jest tak źle. Nudno trochę,  jedzenie podają co jakiś czas i jest takie sobie.  Internet niby jest ale tylko ten z samolotu. Zostało mi jeszcze 7 gdzie lotu a raczej, aż… samolot wystartował z godzinnym opóźnieniem i wątpię żeby nadrobił.

Myślałam, że będę siedziała przy oknie i będę podziwiała widoki a tu nic z tego, siedzę na drugim siedzeniu od okna. Na bilecie miałam zapisane, że niby koło okna… ale jak przyszłam, to miejsce przy samym oknie było już zajęte. Ogólnie ta numeracja dla mnie była dziwna, bo siedzenia z numerem, który posiadałam, obejmowały cały rząd i dodatkowo były jeszcze podzielone alfabetycznie. Tak że przy oknie po prawej stronie samolotu były dwa siedzenia, potem przerwa i trzy siedzenia przez środek samolotu, przerwa i dwa siedzenia przy oknie po lewej stronie. Tak, że widok mam ograniczony.

Mimo ograniczeń udało mi się zrobić jednak  kilka zdjęć. Jedno w czasie startu, w którym uchwyciłam Warszawę z góry oraz kilka innych. Nawet nie wiem jaki obszar obejmują, był to masyw górski z ośnieżonymi szczytami  oraz Kanadę krótko przed lądowaniem…

Po wylądowaniu…

A jednak nadrobił…. opóźnienia  miał tylko 20 min. Wyjątkowo sprawnie poszła całą procedura na lotnisku typu: opuszczenie samolotu, rozmowa ze służbami emigracyjnymi i odbiór bagaży, tak że w strefie przylotu byłam po 40 minutach od wylądowania.

W samolocie było prawie 300 pasażerów, a na lotnisku osób witających równie tyle, a może nawet więcej. Tymi bramkami wychodzili również pasażerowie innych lotów.  Więc jak wyszłam, to nie widziałam w śród tego tłumu własnego dziecka i ona też mnie nie zauważyła, bo były trzy bramki którymi wychodzili pasażerowie. Więc stanęłam sobie w centralnym miejscu i się rozglądam… myślę sobie jak dam znać gdzie jestem, skoro telefon mi nie łapie sieci. Wreszcie udało mi się go uruchomić  i zadzwonić.

Spotkanie…

Ku mojej wielkiej uldze, odnalazłyśmy się w tym tłumie ludzi. Nie widziałyśmy się rok, a jak tylko ją zobaczyłam, to ten rok wyparował, czułam się jakbym, to nie ja przyleciała lecz ona…

Gdy wyłoniła się z tego tłumu i szła w moja stronę, serce mi stanęło… mam przepiękną córkę, którą kocham szalenie. Chciałabym to wykrzyczeć na całe lotnisko… ale niestety moją jedną z wad, jest to, że nie potrafię moim bliskim mówić ile dla mnie znaczą. Mam nadzieje, że nie zawsze słowa są potrzebne i że po prostu czują, iż są dla mnie najważniejsi pod słońcem. Reszta rzeczy, która  nas otacza, to tylko dodatek do życia i bez tych, których się kocha nie ma znaczenia.

Cieszę się, że będę mogła najbliższe kilka tygodni być przy niej, obserwować i uczestniczyć w jej dniu powszednim. Chyba, że wcześniej usłyszę, iż pora bym wracała…;).

 

Leave a Reply