Trudny okres ale pouczający…

Trudny okres ale pouczający…    ten fragment mojego życia chciałam pominąć… lecz pisząc dalej bloga byłaby luka i niedopowiedzenia, mimo, że trudno mi to przychodzi, jednak chcę mieć to za sobą, dlatego też opiszę sytuację, gdyż w obecnych czasach niestety wiele ludzi przeszło lub przechodzi coś podobnego….

Moja przeszłość…

    Całą swoją pracę zawodową miałam związaną z samorządem. Zaczynałam jako nauczyciel, następnie zarządzałam jednostkami instytucji kultury, aż ostatecznie podjęłam pracę na stanowisku kierowniczym w jednej z gmin w małej miejscowości.
   Mam za sobą prawie 30 lat pracy, którą bardzo lubiłam i byłam święcie przekonana, że ja też jestem lubiana i doceniana…. aż do czasu… czyli do ostatnich wyborów samorządowych. W tym czasie nastąpiła całkowita zmiana władzy, która negowała i potępiała wszystko to, co zrobili poprzednicy. Moje stanowisko było chronione umową o pracę dlatego też, aż tak bardzo o siebie się nie martwiłam. Martwiłam się bardziej o pracowników, którzy musieli stawić czoło nowej rzeczywistości i nowym wobec nich wymaganiom. Do władzy doszły osoby, które wcześniej nic wspólnego z samorządem nie miały. Dlatego też pierwsze tygodnie wzajemnej współpracy polegały na przyuczaniu i tłumaczeniu specyfiki czekających ich zadań. Lecz po dwóch miesiącach, bez wcześniejszych jakichkolwiek oznak, na trzy minuty przed zakończeniem dnia pracy „podziękowano” mi za dotychczasową współpracę. Jak to się teraz mówi… nie pasowałam do nowej koncepcji…. (potem dowiedziałam się, że moje stanowisko dużo wcześniej przyobiecano komuś innemu…).
     Jestem twardą osobą, ale czego… jak czego…. nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, tym bardziej, że za kilka miesięcy miałam obchodzić 30 lat nienagannej pracy. A tu przychodzą nowi i udają, że jesteś im potrzebna, bez skrupułów wykorzystują twoją wiedzę, a w tym czasie w ogromnej tajemnicy, tworzą na Ciebie haki, no i bay bay….

To był najgorszy okres w moim życiu….

   Gdyby nie wsparcie moich bliskich, to nie dałabym sama rady. Od pierwszej minuty jak tylko się dowiedzieli byli przy mnie. Moja mama i brat w zaistniałej chwili mieli do mnie najbliżej i przyjechali najszybciej jak potrafili, za co im jestem ogromnie wdzięczna.
     Wracając do tego feralnego piątkowego styczniowego popołudnia…. wróciłam do pustego domu… dzieci za granicą, mąż na wyjeździe….. a tu mi się świat wali…. kompletny szok…. co teraz….. ???.  Pierwsza myśl…. jak im to powiedzieć…, następna myśl… gdzie ja pracę znajdę…. . Pokłoniło się te nieszczęsne 50 plus…., nikt takich osób nie zatrudnia a szczególnie w takim teranie na jakim mieszkam, gdzie wszyscy uciekają do większych miast lub za granicę.
     Ale wiecie co w tym wszystkim było najgorsze, to zachowanie większości ludzi wśród których się obracałam. Prawie wszyscy moi współpracownicy, wśród nich Ci – a przede wszystkim Ci – których już prawie uważałam za przyjaciół, odwrócili się ode mnie. Prawie nikt nie przyszedł do mojego biura aby się pożegnać, gdy przez kilka dni po wypowiedzeniu rozliczałam się z pracodawcą, jakby nie było, spędziłam z tymi ludźmi dobrych kilkanaście lat.
   Na dodatek mieszkam w małej miejscowości gdzie wszyscy się znają… na ulicy ludzie przestali odpowiadać na moje dzień doby, a jak robiłam zakupy, to w sklepie można było „siekierę powiesić” tak gęstniała atmosfera. Doszło do tego, że na zakupy wyjeżdżałam do najbliższego miasta.

Rzuciłam się w wir poszukiwania pracy….

   Myślałam sobie, jestem dobrym fachowcem, studia wyższe, dodatkowo dwa kierunki podyplomowe, masa kursów i szkoleń… dam radę…
    Na wszystkie wolne stanowiska powiązane z moją branżą są organizowane konkursy więc przygotowywałam masę papierów i podchodziłam do takich konkursów gdzie wydawało mi się, że mam szansę… ale niestety, tak jak wspomniałam, było krótko po wyborach, więc przykro to mówić, ale stanowiska były już „obsadzone” przed konkursem, a konkurs…. to tylko czysta formalność…. a ja naiwna myślałam, że swoją wiedzą świat zawojuję…
   Potem zmieniłam grupę docelową przyszłych pracodawców, szukałam na własną rękę i zaczęłam pytać u prywatnych przedsiębiorców, a tu śpiewka typu „chętnie ale my szukamy młodszych…”.
Miotałam się tak prawie rok. Ostatecznie, nie mając innej możliwości, zarejestrowałam się w urzędzie pracy. Zrobienie tego kroku było dla mnie przeogromną traumą… ale nie miałam wyjścia, gdyż nie byłam nigdzie ubezpieczona. Mąż nie mógł mnie ubezpieczyć w swojej firmie gdyż nie mam meldunku w kraju, w którym on jest zatrudniony.
   Przy rejestracji w urzędzie pracy nie mogli się nadziwić jak bogate posiadam CV… ale co z tego, skoro do dnia dzisiejszego z ich strony nie otrzymałam żadnej propozycji pracy zgodnej z moimi kwalifikacjami.
    Po czasie doszłam do wniosku, iż chyba najlepszym i jedynym rozwiązaniem będzie własna firma. Dlatego też postanowiłam się przebranżowić i podjęłam studia podyplomowe. Wybrałam kierunek związany z nowymi technologiami na uczelni w odległej Warszawie, gdyż chciałam nabrać dystansu do wszystkiego tego, co się zadziało…
   Podsumowując ten trudny czas, przekonałam się, że powiedzenie „Prawdziwych Przyjaciół poznaje się w biedzie…” jest jak najbardziej prawdziwe. Trochę mi wstyd, że gdy pracowałam, zasłaniając się brakiem czasu, odsunęłam się od nich, ale jak przyszły dla mnie trudne chwile, to właśnie oni przy mnie pozostali i mnie wspierali.

Moja teraźniejszość….

   Tak jak wcześniej pisałam, mój mąż pracuję w innym kraju, jednak mimo odległości i dzięki obecnej technologii, każdego dnia ze sobą dużo rozmawiamy a jak przyjeżdża do domu, to mamy masę czasu tylko dla siebie…:)
   Nasze dzieci również wybrały „obczyznę”, staramy się dużo ze sobą rozmawiać ale spotykamy się już mniej. Syna widuję się kilka razy w roku, a z córką jeszcze rzadziej. Na razie ona nie może do nas przyjechać, dlatego też wykorzystuję przerwę letnią od nauki i w połowie sierpnia wylatuję do córki aby spędzić z nią trochę czasu…:)
    Jestem już pogodzona z sytuacją, wrócił mój optymizm i pogoda ducha, coraz częściej zaczynam układać plany, na razie jeszcze w swojej głowie. Mam tysiące pomysłów, czasami zwariowanych a wtedy wkraczają moi bliscy, którzy je weryfikują i nieraz muszą mnie trzymać za nogi, abym nie odfrunęła w nierealny świat… po czasie przyznaję im rację i przychylam się do kolejnego przysłowia  „Nic na siłę… Wszystko ma swój czas…”
     Mam nadzieję, że przyjdzie taki moment, iż sprawdzi się moje motto, które przyświeca mi od zawsze… „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło…” chociaż muszę się przyznać, iż miałam chwilę zwątpienia czy jeszcze gdzieś jest to „dobre….”.

Zostaw odpowiedź

%d bloggers like this: